Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Powiedział to posępnie i w milczeniu zaczął patrzeć przed siebie. Gdy na te słowa nic nie zauważyłem, podniósł znów wzrok na chwilę i rzekł:
— Nie możecie wiedzieć, dlaczego wygłaszam takie zdania. Wyjaśnienie jest bardzo proste. Bierze mnie to zawsze trochę za serce, ilekroć widzę Europejczyka, zwłaszcza młodego, i gdy sobie muszę powiedzieć, że on pójdzie niezawodnie na dno. Matka moja, wasza rodaczka, kochała mnie bardzo. Gdy umierała, byłem już dzięki jej zabiegom na stanowisku, z którego widać było szczęście. Ja jednak uważałem siebie za mędrszego i puściłem się w fałszywym kierunku. Master, bądźcie rozsądniejszym odemnie! Poznaję po was, że z wami może się stać tosamo, co ze mną.
— Rzeczywiście? Jakto?
— Jesteście zbyt delikatny, pachniecie perfumami. Gdyby Indyanin zobaczył waszą fryzurę, padłby trupem ze strachu. Na waszem ubraniu niema ani jednej plamki, ani jednego pyłku. W ten sposób nie szuka się szczęścia na Zachodzie.
— Nie zamierzam bynajmniej tutaj właśnie go szukać.
— Tak! Czy będziecie tak dobrzy powiedzieć mi, jaki obraliście sobie zawód?
— Odbyłem studya.
Powiedziałem to z pewną dumą, on zaś spojrzał mi w twarz z lekkim uśmiechem, który na jego trupiej głowie wyglądał jak szyderczy grymas, potrząsnął głową i ciągnął dalej:
— Studya! O biada! Nie budujcie na tem zbyt wiele: Właśnie ludzie tego pokroju, co wy, najmniej posiadają zdolności do zdobycia szczęścia. Doświadczyłem już tego niejednokrotnie. Czy macie jaką posadę?
— Tak, w Nowym Jorku.
— Jaką?
Pytania te zadawał Old Death takim tonem, że prawie niepodobna było odmówić mu odpowiedzi. Ponieważ nie mogłem prawdy wyjawić, przeto oświadczyłem: