Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nieszczęściem padał przez kilka dni deszcz i tak pozacierał wszelkie ślady, że Winnetou nie mógł się już zdać na oczy, lecz na domysły. Przypuszczając więc, że Santer udał się do jednej z najbliższych osad, aby tam łup swój spieniężyć, postanowił przeszukać te osady jedną po drugiej.
Dopiero po całym szeregu straconych dni odnalazł znowu zagubiony ślad w faktoryi Gatera. Santer był tutaj, sprzedał wszystko, kupił sobie dobrego konia i ruszył na Wschód ówczesnym gościńcem Red River. Winnetou rozstał się teraz ze wszystkimi Apaczami, odesłał ich do domu i sam wybrał się w dalszą pogoń. Miał podostatkiem ziarn złota, a więc posiadał środki na dłuższy pobyt na Wschodzie.
Nie wiedząc, gdzie się Winnetou znajdował — nie zostawił bowiem nam żadnej wskazówki nad Natchitoches — zwróciliśmy się do Arkanzas, aby najprostszą drogą lądową dostać się do St. Louis. Żałowałem bardzo, że teraz przyjaciela nie zobaczę, ale zmienić tego nie mogłem.
Nareszcie przybyliśmy pewnego wieczora do St. Louis. Oczywiście udałem się natychmiast do mego zacnego mr. Henryego. Kiedy wszedłem do jego pracowni, zastałem go przy lampie nad warsztatem tak zajętego, że niedosłyszał szmeru, wywołanego otwarciem drzwi.
— Good evening, mr. Henry! — pozdrowiłem go tak, jak gdybym wczoraj dopiero był po raz ostatni w jego domu. — Czy nowy sztuciec będzie już wnet ostatecznie wykończony?
Z temi słowy na ustach usiadłem na rogu ławki, jak to dawniej czyniłem. Rusznikarz zerwał się z miejsca, wypatrzył się na mnie przez chwilę, jak nieobecny duchem i krzyknął prawie z radości:
— Wy... wy... to jesteście wy? Wy tutaj? Ten nauczyciel domowy... surveyor... ten dyabeł Old Shatterhand!
Zarzucił mi ręce na szyję, przycisnął do siebie i ucałował kilkakrotnie w oba policzki, aż odgłos poszedł.