Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   466   —

— Bardzo chętnie. Nie mamy powodu tego ukrywać. Jedziemy od Falze Washita.
— Tak! A dokąd?
— Potrosze do Keiowehów.
— Do których?
— Do plemienia, którem dowodzi Tangua.
— To niedaleko.
— Wiem o tem. Wieś leży pomiędzy rzekami Red River a Salt Fork.
— Słusznie! Ale jeśli nie pogardzicie dobrą radą, to zawróćcie czemprędzej i nie pokazujcie się nikomu z Keiowehów.
— Dlaczego?
— Bo to zły zwyczaj dawać się zabijać czerwonym.
— Pshaw! Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do tego i później tego nigdy nie uczynię.
— Co się później stanie, tego nikt nie wie. Przestrzegłem was w dobrej myśli z ważnego powodu. Wracamy właśnie od Tanguy. Żywi on chwalebny zamiar skręcenia karku każdemu białemu i każdemu czerwonemu nie Keiowehowi, który mu wpadnie w ręce.
— W takim razie jest bardzo życzliwym gentlemanem! Czy wam to sam powiedział?
— Oczywiście i to kilkakrotnie.
— Figlarz!
— Oho! On wcale nie żartował przytem!
— Nie żartował? Rrzeczywiście? Jakimże sposobem wobec tego mam przyjemność oglądać was w dobrem zdrowiu? Tangua chce pozbawić życia każdego białego, jak twierdzicie, i każdego czerwonego. Uważałem was także za białych. A może wy jesteście murzyni?

— Nie róbcie głupich dowcipów! Nam on nic nie zrobi, bo my jesteśmy wyjątkiem, jako jego starzy, dobrzy, znajomi; byliśmy już wielekroć w jego wsi. Jesteśmy traderami[1], jak odgadliście zapewne, i to rzetelnymi traderami, a nie opryszkami, którzy oszukują czerwonych

  1. Handlarze.