Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   418   —

odgłos kroków Sama. Zabrzmiały przeraźliwe okrzyki, huknęły strzały i nastąpił hałas piekielny.
Dlaczego nie umykałem w górę rzeki ku obozowi, lecz w odwrotnym kierunku? Z bardzo prostego powodu. Przedewszystkiem dlatego, że czerwoni nie mogli nas widzieć, bo w łożysku było ciemno, nadto z tej przyczyny, że pobiegli zapewne w górę, spodziewając się nas w tamtej stronie, a my spiesząc w dół, byliśmy dość bezpieczni i mogliśmy potem łukiem dostać się do obozu.
Kiedy mi się wydało, że odbiegłem już dość daleko, zatrzymałem się na chwilę. Wycie czerwonoskórców rozlegało się wciąż jeszcze, ale w miejscu, na którem ja stałem, nic się nie poruszyło.
— Samie! — zawołałem stłumionym głosem.
Odpowiedź nie nastąpiła.
— Samie, czy mnie słyszycie? — spytałem głośniej.
Nie odpowiedział i teraz. Gdzie on się podział? Szedł przecież za mną. Uciekaliśmy przez zeschły, popękany, namuł i głębokie kałuże. Dobyłem z za pasa naboje, nabiłem ponownie rewolwery i zawróciłem wolnym krokiem, aby Sama poszukać.
Piekielny hałas Keiowehów brzmiał jeszcze ciągle, ale mimoto zbliżałem się coraz to więcej, dopóki nie znalazłem się na tem miejscu pod laskiem, gdzie wezwałem Sama, aby szedł za mną. Poszukiwania moje nie odniosły skutku. Sam był widocznie innego zdania i puścił się zaraz na drugi brzeg, nie zważając na moje słowa. Ale tam w blasku ognisk wystawił się nietylko na widok, lecz także na kule Keiowehów. Jakże nierozważnym okazał się ten nikły, a dziś tak uparty człeczyna. Zląkłem się znów o niego. Oddaliłem się napowrót od lasku tak, że nie można mnie było dostrzec i pobiegłem łukiem do naszego obozu.
Tam zastałem wszystko w poruszeniu. Czerwoni i biali towarzysze cisnęli się do mnie, a Dick Stone zawołał głosem, pełnym wyrzutu:
— Sir, dlaczego zakazaliście nam iść za sobą nawet, gdyby padły tam strzały? Czekaliśmy naprawdę