Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   412   —

że zrobiliście go nieszkodliwymi Zwiążcie go i zakneblujcie, jeśli się nie mylę! Ale dlaczego on nie został po tamtej stronie ze swymi ludźmi? Co miał tu do czynienia? Musiał tu chyba być już przed nami?
— Pytacie się w ten sposób, a drugich nazywacie greenhornami! To przecież istne greenhornowskie pytanie! Oczywiście, że był tutaj przed nami. Keiowehowie wiedzieli, że nadejdziemy, przypuszczali, że podążymy śladem Santera i że tu się pojawimy. Chcieli nas przyjąć, ażeby zaś nie stracić stosownej chwili, postawili tu strażnika, który miał ich zawiadomić o naszem zbliżaniu się. Ponieważ jednak jechaliśmy zbyt prędko, albo może dlatego, że niedobrze uważał, albo wreszcie z tego powodu, że przybył tu właśnie w chwili, kiedy nadeszliśmy z drugiej strony, zaskoczyliśmy go i musiał się ukryć w ożynach.
— Mógł przecież umkąć na drugą stronę do swoich!
— Brakło mu już na to czasu, bo bylibyśmy go zobaczyli w biegu i odgadli, że Keiowehowie są przygotowani na nasze przybycie dzięki jego ostrzeżeniu. Kto wie zresztą, czy nie postanowił już z góry ukryć się tutaj, by nas podsłuchać.
— Wszystko to bardzo być może i niechaj sobie będzie, jak chce. Szczęście, że go mamy w ręku! Teraz będzie musiał wyspowiadać się i przyznać do wszystkiego.
— On nie zdradzi niczego. Nic zeń nie wydobędziecie.
— Możliwe. Nie potrzebujemy też z nim zbyt się trudzić. Wiemy bez tego, o co idzie, a czego jeszcze nie wiemy dotychczas, o tem ja dowiem się wkrótce, gdyż udam się teraz na tamtą stronę.
— Może po to, aby już na tę nie wrócić!
— Czemu?
— Bo was Keiowehowie zatrzymają. Sami podnieśliście trudności skradania się przy tych licznych i jasnych ogniach.
— Tak, dla was to bardzo byłoby trudno, ale nie