Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   393   —

— Czy istotnie nazywa się Santer?
— Ma wiele... wiele... nazwisk.
— Czem jest właściwie?
— Także... także... nie wiem.
— Czy macie tu blizko znajomych, może w którym z portów?
— Nie... nie.
— Dokąd jechaliście?
— Ni... nigdzie. Tam, gdzie pieniądze... zdobycz...
— A więc byliście rabusiami z zawodu! To straszne! Skąd przyszło wam na myśl napaść na obu Apaczów z dziewczyną?
— Nug... nuggety.
— Przecież nie mogliście nic wiedzieć o nuggetach.
— Chcieliśmy udać się... do... do...
Zamilkł. Było mu nadzwyczaj trudno odpowiadać, lecz odgadłem, co chciał powiedzieć i spytałem:
— Słyszeliście, że ci Apacze mają zamiar pójść na Wschód i przypuściliście, że mają z sobą złoto?
Skinął głową.
— Postanowiliście więc napaść na nich. Ponieważ zaś przypuszczaliście, że będziemy ostrożni, przeto pojechaliście dobry kawał naprzód, a zawróciliście dopiero wówczas, kiedy sądziliście, żeśmy się już uspokoili.
Skinął znów głową.
— Potem pojechaliście za nami. Czy podsłuchaliście nas wieczorem?
— Tak, Santer.
— A więc to był sam Santer! Czy powiedział wam, co usłyszał?
— Apacze... Nugget-tsil... zabrać nuggety... rano...
— Zupełnie tak, jak się domyślałem. Potem ukryliście się w zaroślach i śledziliście nas z drzew, aby się dowiedzieć, gdzie Apacze zbierają nuggety?
Zamknął oczy i nie odpowiedział.
— A może postanowiliście napaść na nich podczas powrotu, aby...