Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   370   —

— Well! A więc dobrze? Nieprawdaż?
— Tak. Wydaje sią przynajmniej, że osiągnęliście swój cel.
— Osiągnąłem go w zupełności. Znachor pobity. Nie pokaże się, ani nie da znaku o sobie.
Winnetou spojrzał na nas spokojnym, lecz wielce wymownym wzrokiem. Ojciec jego nie był taki milczący, przystąpił do nas i rzekł do Sama:
— Mój biały brat jest człowiekiem rozumnym, gdyż odebrał moc słowom lekarza i ma bluzą, w której tkwią ważne proroctwa. Ta bluza stanie się sławną od jednej Wielkiej Wody do drugiej. Ale Sam Hawkens poszedł za daleko w swych proroctwach.
— Za daleko? Jak to? — dopytywał się mały człeczyna.
— Wystarczało powiedzieć, że Old Shatterhand nam nie zaszkodzi. Czemu Sam Hawkens dodał, że nas czeka coś złego?
— Bo to w dziurze widziałem.
Na to zrobił Inczu-czuna rąką ruch przeczący i oświadczył:
— Wódz Apaczów wie, o co chodzi; niech Sam Hawkens mu wierzy. Należało nie mówić o złych rzeczach i nie napędzać naszym ludziom strachu.
— Strachu? Wszak wojownicy Apaczów są mężnymi ludźmi, którzy się nie boją niczego.
— Tak też jest. Dowiodą tego, jeśliby nasza jazda, która ma być pokojową, sprowadziła na nas nieprzyjaciół. Ruszajmy więc!
Sprowadzono konie, między którymi było sporo jucznych. Kilka z nich niosło moje instrumenty, na resztę włożono zapasy żywności i inne potrzebne rzeczy.
U Indyan panuje zwyczaj, że odjeżdżających przez część drogi odprowadzają ci, którzy w domu pozostają. To dziś odpadło, ponieważ Inczu-czuna tego sobie nie życzył. Tych trzydziestu czerwonoskórych, którzy z nami wyjeżdżali, nie pożegnało się z żonami i dziećmi. Uczy-