Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   331   —

— To zupełnie zbyteczne. Między nami rachunki załatwione, gdyż i ja was obraziłem.
— Nie.
— Owszem! Czy uderzenie pięścią nie jest obelgą? A ja was biłem.
— To było w walce, gdzie niema obrazy. Mój brat jest szlachetny i wspaniałomyślny. Tego nie zapomnimy mu nigdy.
— Mówmy o czem innem! Zostałem dzisiaj Apaczem. Co będzie z moimi towarzyszami?
— Do szczepu przyjąć ich nie można, ale są naszymi braćmi.
— Bez ceremonii?
— Jutro wypalimy z nimi fajkę pokoju. W ojczyźnie mego białego brata nie istnieje kalumet?
— Nie. Chrześcijanie są wszyscy braćmi i nie potrzeba do tego żadnego obrzędu.
— Wszyscy braćmi? Czyż nie prowadzą wojen między sobą?
— Zdarza się i to.
— Więc nie są inni, ani lepsi od nas. Nauczają miłości, lecz jej nie czują. Dlaczego mój brat porzucił swoją ojczyznę?
Nie jest zwyczajem czerwonoskórych zadawać takie pytania, ale Winnetou mógł to uczynić, gdyż był teraz moim bratem i musiał mnie poznać. Pytanie jego jednak było wywołane nie tylko współczującą ciekawością, ono miało jeszcze inny powód.
— Aby tu szukać szczęścia — odrzekłem.
— Szczęścia? Co to jest szczęście?
— Bogactwo!
Gdy to wymówiłem, puścił mą rękę, trzymaną mocno dotychczas i nastąpiła przerwa. Wiedziałem, że doznał w tej chwili uczucia zawodu.
— Bogactwo! — szepnął.
— Tak, bogactwo — powtórzyłem.
— A więc dlatego... dlatego... dlatego!
— Co?