Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   317   —

Na to Inczu-czuna zarządził przerwę i zawezwał mnie:
— Niechaj mój młody biały brat pójdzie do niego i zapyta, czemu tak krzyczy. Noże nie sprawiły mu jeszcze chyba wielkiego bolu.
— Chodźcie tu, sir, chodźcie tu! — wołał Rattler.— Chcę z wami mówić!
Poszedłem i zapytałem:
— Czego sobie życzycie?
— Powyjmujcie mi z rąk i nóg noże!
— Tego mi nie wolno.
— Ależ ja umrę od tego, któżby wytrzymał tyle ran?
— To szczególne! Czy sądziliście, że będziecie mogli żyć?
— A przecież wy żyjecie!
— Ja nie zamordowałem nikogo!
— Jam temu nie winien, że to zrobiłem! Wszak wiecie, że byłem pijany!
— Czyn pozostaje ten sam. Ostrzegałem was często przed wódką. Nie słuchaliście i teraz musicie ponieść skutki tego.
— Jesteście zimnym, nieczułym człowiekiem! Wstawcie się za mną!
— Już to zrobiłem. Powiedzcie: „pardon,“ a umrzecie szybko, a nie wśród powolnych męczarni.
— Umrę szybko! Ależ ja nie chcą umrzeć! Ja pragnę żyć, żyć, żyć!
— To niemożliwe.
— Niemożliwe? A więc niema ratunku?
— Nie.
— Niema? Żadnego, żadnego, żadnego?
Ryczał to na całe gardło i wszczął potem taki lament i jęki, że, nie mogąc koło niego dłużej wytrzymać, oddaliłem się.
— Zostańcie, sir, zostańcie przy mnie, — krzyknął za mną — bo znowu zaczną!
Na to huknął nań wódz:
— Nie wyj dłużej, ty psie! Jesteś smrodliwym kujotem, którego żaden wojownik bronią swoją nie dotknie.