Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   141   —

wdę powiecie. Jeśli prawdą napiszecie o moich błędach, to niech to będzie dla czytelników, takich głupich jak ja, ostrzegającym przykładem i zachętą do czegoś lepszego, hi! hi! hi! Ja natomiast wiedząc, że będę wydrukowany, postaram się z całych sił, aby tego rodzaju błędów unikać. A za tem zgoda między nami?
— Tak.
— Jedźmy więc dalej!
— Za którym śladem? Za tem odgałęzieniem?
— Nie, za tym.
— Tak, to będzie Winnetou.
— Z czego wnosicie?
— Ten ma ze zwłokami posuwać się powolniej, a tamten wyjechał naprzód, aby czemprędzej zgromadzić wojowników; będzie to więc wódz prawdopodobnie.
Yes! To słuszne. Jestem tego samego zdania. Wódz nas teraz nic nie obchodzi. Pojedziemy za synem.
— Czemu za nim?
— Bo chcę jeszcze zobaczyć, czy się zatrzymywał po drodze zależy; mi na tem. A więc naprzód, sir!
Ruszyliśmy dalej kłusem, przyczem nie zaszło nic godnego wzmianki, opis zaś okolic, przez które przejechaliśmy, nie byłby zajmującym. Dopiero na godzinę przed południem zatrzymał się Sam i rzekł:
— Na razie wystarczy. Winnetou jechał także przez całą noc; widocznie im bardzo pilno i należy się wkrótce spodziewać napadu; może nawet jeszcze w przeciągu tych pięciu dni, potrzebnych wam do ukończenia roboty.
— To byłoby źle!
— Zapewne. Gdybyście przerwali pracę i jeślibyśmy uciekli, to zostałaby niedokończona, a gdy nie odejdziedziemy, napadną na nas i robota się przecież nie skończy. Trzeba z Bancroftem poważnie pomówić o całej sprawie.
— Może znajdzie się jakie wyjście?
— Jakie?