Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   108   —

Czy blade twarze opuszczą jeszcze dziś tę dolinę?
— Nam nie wolno — brzmiała odpowiedź.
— To my ją opuścimy. Niema między nami pokoju.
Spróbowałem jeszcze pośredniczyć, ale napróżno; wszyscy trzej odeszli do koni. Wtem zabrzmiał głos Rattlera:
— Precz, wy psy czerwone! Ale za policzek zapłaci mi ten młodzieniec natychmiast!
Dziesięćkroć prędzej, niż się tego po jego stanie można było spodziewać, wziął strzelbę z wozu i zmierzył się do Winnetou, który stał w tej chwili wolno, niczem nie kryty. Kula byłaby go napewno dosięgła, gdyż wszystko odbyło się tak prędko, że go żaden ruch nie mógł ocalić. Wtem krzyknął Kleki-petra:
— Odejdź, Winnetou, prędzej odejdź!
Równocześnie przyskoczył, aby zasłonić sobą młodego Apacza. Huknął strzał, Kleki-petra, obrócony do połowy uderzeniem kuli, chwycił się ręką za serce, zachwiał się w jedną i w drugą stronę i padł na ziemię. W tej chwili runął Rattler powalony pięścią przezemnie. Aby zapobiec strzałowi, poskoczyłem szybko ku niemu, ale niestety za późno. Podniósł się ogólny krzyk zgrozy, tylko obaj Apacze nie wydali głosu z siebie. Uklękli obok przyjaciela, który się za ulubieńca poświęcił i badali w milczeniu ranę. Kula wbiła się w piersi tuż koło serca, a krew buchała gwałtownie. Pośpieszyłem tam także. Kleki-petra miał oczy zamknięte, a twarz bladła mu z gwałtowną szybkością.
— Weź głowę jego na kolana — poprosiłem Winnetou. — Gdy oczy otworzy i zobaczy ciebie, lżej mu będzie umierać.
Bez słowa na ustach poszedł młody Indyanin za mojem wezwaniem; nie drgnęła mu ani powieka, tylko wzroku nie odwracał od twarzy gasnącego, który tymczasem zwolna oczy otworzył. Ujrzał Winnetou pochylonego nad sobą, uśmiech szczęścia przebiegł mu zapadłe oblicze.