Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   98   —

tęgie znaki od noża: dwa w okolicy serca, a dwa na wprost serca. Ale kto go pchnął nożem?
— Ja — odpowiedziałem.
— Tylko wy?
— Nikt więcej.
— Wobec tego niedźwiedź jest wasz, to znaczy, futro jest wasze, do mięsa mają prawo wszyscy, ponieważ stanowimy towarzystwo, tylko wy je musicie rozdzielić. Taki zwyczaj panuje na dzikim Zachodzie. Cóż wy ma to, mr. Rattlerze?
— Niech was dyabeł porwie!
Rzucił jeszcze kilka przekleństw i poszedł do wozu, na którym leżała baryłka brandy. Nalał sobie wódki do szklanki i wypił co tchu. Byłem pewien, że będzie pił, dopóki tylko zdoła.
Sprawa była już załatwiona, przeto Bancroft wezwał wodza Apaczów, by przedłożył swoje życzenia.
— To, co chcę wypowiedzieć, nie jest życzeniem, to rozkaz — odrzekł dumnie Inczu-czuna.
— A my nie przyjmujemy rozkazów — zapewnił taksamo dumnie inżynier.
Przez twarz wodza przemknęło coś jakby gniew, lecz pohamował się i rzekł spokojnie:
— Mój biały brat odpowie mi na kilka pytań, ale zgodnie z prawdą. Czy posiada swój dom tam, gdzie mieszka?
— Tak.
— I ogród przy tem?
— Tak.
— Czy mój brat zniósłby, żeby mu sąsiad budował drogę przez ogród?
— Nie.
— Krainy po tamtej stronie Gór Skalistych i na wschód od Mississipi należą do bladych twarzy. Jakby się one zapatrywały na to, gdyby Indyanie przyszli tam budować drogi żelazne?
— Wypędziłyby ich.
— Mój brat nie minął się z prawdą. Tymczasem