Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   80   —

— Co tam, co tam? — zapytałem głośno.
— Niedźwiedź, olbrzymi niedźwiedź, szary grizli! — stęknął, przebiegają koło mnie.
Równocześnie zakrzyknął jakiś wrzaskliwy głos:
— Na pomoc, na pomoc! Ma mnie! Oh, oh!
Tak ryczeć mógł tylko człowiek, przed którym rozwarła się paszcza śmierci. Groziło mu widocznie wielkie niebezpieczeństwo, należało więc przyjść mu z pomocą. Zostawiłem był strzelbę w namiocie, ponieważ mi przeszkadzała w pracy, przez co nie postąpiłem bynajmniej lekkomyślnie, gdyż jako suryeyorzy mieliśmy do obrony westmanów. Gdybym był poleciał dopiero do namiotu, człowiek ów byłby rozszarpany, zanim zdołałbym do niego powrócić. Musiałem więc pójść tak, jak stałem, tylko z nożem i rewolwerami za pasem. Ale cóż ta broń znaczy wobec szarego niedźwiedzia! Grizli to blizki krewny wymarłego już niedźwiedzia jaskiniowego i należy raczej do czasów przedhistorycznych niż do teraźniejszości. Dochodzi do dziewięciu stóp wysokości, a ja sam zabijałem sztuki, ważące po tyleż cetnarów. Obdarzony jest taką siłą muskułów, że z jeleniem, źrebięciem, lub cielęciem bawołem w pysku biegnie z łatwością. Tylko na rączym i silnym koniu potrafi jeździec przed nim umknąć. Wobec olbrzymiej siły, bezwzględnej nieustraszoności i nieznużonej wytrwałości szarego niedźwiedzia uważają Indyanie jego zabicie za czyn ogromnie zuchwały.
Poskoczyłem w zarośla. Ślad prowadził dalej, aż tam, gdzie zaczynały się drzewa. Tam zawlókł niedźwiedź stadnika i stamtąd też wyszedł był poprzednio, dlatego nie widzieliśmy jego śladów, bo przygniótł je ciężar ciągnionego bizona.
Była to chwila okropna. Za mną wołali suryeyorzy, biegnąc do namiotu po broń, przedemną krzyczeli westmani, a wśród tego brzmiały wrzaski boleści tego, którego niedźwiedź dostał w swoje łapy.
Zbliżałem się za każdym skokiem. Wtem usłyszałem głos niedźwiedzia, a raczej nie głos, gdyż i tem