Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   73   —

Poczciwiec zrobił jeszcze bardziej płaczliwą miną i rzekł głosem przygnębionym:
— Milczcie o tem, sir! Zapewniam was, że nawet najlepszemu myśliwcowi może się coś takiego przytrafić. Mieliście dobre dni wczoraj i dzisiaj.
— Spodziewam się, że więcej takich dobrych dni dożyję. Tem gorsze były one dla was. Jakżeż tam z waszemi żebrami i innemi kosteczkami?
— Nie wiem. Pozbieram je i zliczę kiedyś, gdy mi się zrobi lepiej. Teraz kłapią mi w całem ciele. Takiej bestyi nie miałem jeszcze między nogami! Przypuszczam, że teraz przyjdzie już do rozumu!
— To się już stało. Popatrzcie, jaka zmęczona, aż litość bierze. Założymy jej uzdę i siodło i pojedziecie na niej do domu.
— Zacznie podskakiwać na nowo!
— Nie bójcie się! Dosyć się już nabiegała. To mądre bydlę, z którego schwytania będziecie bardzo uszczęśliwieni.
— Tak sądzę, ale też ja od samego początku upatrzyłem ją sobie, a wy siwka, co było oczywiście ogromnem głupstwem.
— Wiecie to napewno?
— Rozumie się, że było to głupstwo!
— Nie o to mi chodzi, lecz o to, czy rzeczywiście siwka sobie wybrałem.
— A cóż?
— Także muła.
— Naprawdę?
— Tak. Chociaż jestem greenhorn, to jeszcze tyle wiem, że siwek na nic nie przyda się westmanowi. Muł spodobał mi się zaraz na pierwszy rzut oka.
— Trzeba wam przyznać, że posiadacie dobry rozum koński.
— Życzę wam, żeby wasz ludzki był tak samo dobry, kochany Samie! Pomóżcie mi dźwignąć z ziemi muła!
Podnieśliśmy go, on zaś stanął spokojnie, drżąc na