Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   58   —

— Czytaliście o tem? No, skoro tak, to musi to być prawdą, gdyż wszystko, co piszą o dzikim Zachodzie, to prawda, czysta prawda, niezachwiana prawda, hi-hi-hi! Rzeczywiście są westmani, zabijający zwierzęta dla skóry. Ja to już także robiłem, ale teraz nie jest to naszym celem, nie będziemy się wlekli z tą ciężką skórą.
Wyruszyliśmy z powrotem i przybyliśmy do obozu w pół godziny, jakkolwiek musieliśmy iść piechotą, w takiej bowiem odległości znajdowała się dolina, w której położyłem trupem pierwszego, a raczej dwa pierwsze bawoły.
Nasz powrót piechotą i brak Samowego konia wywołał ogólne zdziwienie. Pytano o przyczynę.
— Polowaliśmy na bawoły, przyczem rozpruł mi buhaj konia — odrzekł Sam Hawkens.
— Polowali na bawoły, bawoły, bawoły! — zabrzmiało z ust wszystkich. — Gdzież to, gdzie?
— O małe pół godzinki stąd. Przynieśliśmy sobie udo, a wy możecie zabrać resztę.
— Owszem, zaraz! — zawołał Rattler, zachowując się tak, jakby pomiędzy mną a nim nic nie zaszło. — Gdzie jest to miejsce?
— Jedźcie naszym śladem, a znajdziecie. Macie dość oczu, jeśli się nie mylę.
— Ile sztuk było?
— Dwadzieścia.
— A ile zabiliście?
— Jedną krowę.
— Tylko? Gdzież reszta?
— Znikła! Możecie sobie szukać. Nie troszczyłem się i nie pytałem o to, gdzie się wybrały na przechadzkę, hi-hi-hi!
— Ale żeby dwu strzelców z dwudziestu sztuk zabiło tylko jedną krowę, to szczególne — zauważył jeden z nich pogardliwie.
— Zróbcie to lepiej, jeżeli zdołacie, sir! Wy zabilibyście pewnie wszystkich dwadzieścia i jeszcze kilka