Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pah! Nie zauważyliście, że obydwaj pomalowali sobie twarze? Jedynie wprawne oko mogło wykryć, że są uszminkowani.
Strzelcowi spadła wreszcie łuska z oczu.
— Wielki Boże, a więc to on! Ilekroć słyszałem jego głos, miałem wrażenie, że go skądsiś znam. Odrażał mnie tym głosem. Ostatni ze mnie osioł, dureń pierwszej próby! Sępi Dziobie, użyliście zbyt łagodnego wyrażenia, nazywając mnie matołkiem. Pozwalam na ostrzejsze określenie.
No, no, — rzekł Sępi Dziób, uśmiechając się dobrodusznie. — Świadomość własnych błędów jest pierwszym krokiem do mądrości.
— Ale skutki, skutki! — westchnął Grandeprise. — Skąd dowiedzieliście się, że wartowałem na cmentarzu, że napadłem na oficera, że oswobodziłem aresztantów?
Sępi Dziób opowiedział wszystko i dodał wkońcu.
— To zawikłana sprawa. Jesteście jednak strzelcem, tak jak ja, i dzielnym człowiekiem. Jesteśmy kolegami, mamy u siebie w sawanie swoje reguły i zwyczaje. Cóż nas obchodzą ustawy innych? Bądź co bądź dzięki wam wiemy, że należy szukać Corteja i pirata w klasztorze della Barbara w Santa Jaga.
Twarz Grandeprise’a nagle się rozjaśniła:
— Mylicie się — rzekł. — Są znacznie bliżej. Nie uwierzycie nawet, jak blisko.
Sępi Dziób uśmiechnął się pobłażliwie.
— Macie rację, że nie uwierzę. A więc sądzicie,

50