Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

tworząc rodzaj tronu, góry indyków, gęsi, wszelkiego rodzaju zwierzyny, tuczonego drobiu, wędlin, prosiąt, szynek, sążniste kiełbasy, salcesony, pasztety, plumpuddyngi, ryby — ale jakie — aż ślinka idzie do ust — nieprawda? pieczone kasztany, złociste jabłka, soczyste gruszki, ogromne torty migdałowe i wazy ponczu, przyćmiewające wonnym swym dymem jasność panującą w pokoju.
Olbrzym, o wesołej i ujmującej powierzchowności, spoczywał na tym dziwnym tronie; trzymał w ręku zapaloną pochodnię, zbliżoną kształtem do rogu obfitości, wzniósł ją nad głowę, aby oświecić oblicze zaglądającego przez szparę Scrooge’a.
— Wejdź — zawołało widmo — wejdź! Nie lękaj się, mój przyjacielu, bliższej ze mną znajomości.
Scrooge wszedł z obawą, na palcach, i skłonił się głęboko. Nie był to już ten dawny Scrooge, opryskliwy, gburowaty; poprzednie dwie wizyty wielce go zmieniły, a chociaż oczy widma były łagodne i dobrotliwe, Scrooge spuszczał swoje z pokorą.
— Jestem duch teraźniejszego Bożego Narodzenia. Przypatrz mi się.
Scrooge podniósł i wlepił weń wzrok. Ten znowu duch miał obszerny ciemno-zielony płaszcz, oszyty dokoła białem futerkiem. Okrycie to, niedbale zarzucone na ramiona, dawało widzieć pierś męską, szeroką, nagą, odsłoniętą na zmiany powietrza. Nogi miał również nagie, skronie otaczał mu wieniec ze świeżej choiny, poprzetykanej gdzie niegdzie sopelkami błyszczącego lodu. Długie i gęste włosy, w bogatych pierścieniach spadały mu na ramiona; twarz