Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przez cały ten czas leżał sztywny na łóżku, gdzie zbiegały się, jak do punktu środkowego, rozstrzelone promyki czerwonawego światła, które go mocno oświeciło, gdy zegar cyknął na uderzenie godziny. Światło to więcej go niepokoiło, niż ukazanie się dwunastu naraz duchów — nie pojmował jego znaczenia, nie odgadywał powodu, lękał się, czy czasem się nie pali i nie zwęgla własnym ogniem. Wkońcu padł na myśl (my bylibyśmy odrazu padli na tę myśl, ale to zawsze tak bywa, że ten, kto nie jest w kłopocie, wie, jakby sobie w takim, lub w innym niebezpiecznym razie postąpić wypadało. — Już to radzić wszyscy umiemy wybornie, szczególniej wtenczas, kiedy nie idzie o naszą skórę). Otóż wracając do rzeczy — wpadł na myśl, że ognisko tego tajemniczego światła musi się znajdować w sąsiednim pokoju, ponieważ patrząc na błyszczące smugi, widział, że się stamtąd wydobywają. Ta myśl tak nim owładnęła, że się podniósł z łóżka, wsunął pantofle i cichuteńko zmierzał do tamtego pokoju. W chwili gdy brał już za klamkę, dziwny jakiś głos zawołał go po imieniu i kazał mu wejść. — Usłuchał.
Był w swoim własnym saloniku; — niema najmniejszej wątpliwości — w swoim własnym, lecz salon ten nadzwyczajnemu uległ przekształceniu. Ściany i sufit przystrojone były bogato w wieńce z zielonych liści, jak gdyby to był najpiękniejszy gaik. Na kominie palił się wspaniały ogień, ale to taki ogień, że komin strzeszczał z podziwienia; za czasów bowiem Marley’a i Scrooge’a nie przywykł do podobnych zbytków. Na podłodze wznosiły się,