Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oczywiście, — rzekł pan Fryderyk Malderton z głęboką powagą.
— Powiadam: wiemy o swojem istnieniu, — powtórzył Horacy, podnosząc głos, — ale tu — stop! Tu się kończy nasza wiedza. Tu kres naszych pojęć. Tu szczyt naszych osiągnięć. Cóż więcej wiemy?
— Nic, — odpowiedział pan Fryderyk — i chyba na całej ziemi nie było człowieka, któryby z równą słusznością mógł taką rzecz powiedzieć o sobie. Tomek miał wielką chęć zaryzykować jakąś uwagę, ale w dobrej chwili pochwycił gniewne spojrzenie ojca i umknął sromotnie z placu boju, stuliwszy uszy, jak kot, przyłapany na wypijaniu śmietanki.
— Słowo honoru, — rzekł starszy pan Malderton, kiedy towarzystwo wracało powozem do domu, — ten Sparkins jest nieporówany. Taka zadziwiająca inteligencja! Taka niewyczerpana wiedza! Taka olśniewająca łatwość w wypowiadaniu myśli!
— Myślę, że to jest ktoś w przebraniu, — dodała panna Marjanna. — Tyle powabu! Tyle romantyczności!
— Mówi bardzo głośno i bardzo ładnie, — niepewnym głosem wtrącił Tomek, — ale niebardzo rozumiem, co chce powiedzieć.
— Wogóle tracę nadzieję, abyś kiedykolwiek coś zrozumiał, Tomku, — rzekł ojciec, który, oczywiście, czuł się niezmiernie zbudowanym słowami pana Horacego.
— Zauważyłam, Tomku, — dolała Teresa oliwy do ognia — zauważyłam, żeś się zachował tego wieczoru w sposób śmieszny i oburzający.
— O, bezwątpienia, — zawołało całe towarzy-