Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale sen unikał jego szklistych, mętnych oczu. Jego myśli błąkały się daleko, tem niemniej był zupełnie trzeźwy i przytomny. W uszach grzmiała mu dobrze znana wrzawa pijatyki, przy ustach miał szklankę z wódką, stół uginał się od potraw — widział to wszystko doskonale: zdawało się, że dość wyciągnąć rękę, a iluzja okaże się prawdą. Ale jednocześnie miał świadomość, że jest sam na pustej ulicy, że siedzi, licząc krople deszczu, opadające na głazy; że śmierć zbliża się do niego — powoli, lecz nieuchronnie — i że nikt się o niego nie zatroszczy, nikt mu nie pomoże.
Nagle zerwał się, a strach mu zjeżył włosy. Słyszał własny głos, przebijający mroźne powietrze; głos krzyczał — co? dlaczego? — nie wiedział, nie rozumiał. Znów! Słychać jęk! Jeszcze jeden! Odchodził od zmysłów: bezkształtne, bezsensowne słowa wybuchały z ust; palce wpiły się w ciało, szarpiąc. Warjował. Wołał pomocy, aż zaschło mu w gardle.
Podniósł głowę i spojrzał wgłąb długiej, ponurej ulicy. Przypomniał sobie, że podobni mu wykolejeńcy, skazani na wieczne błąkanie się po tych okropnych ulicach, niejednokrotnie w samotności zapadali w obłęd. Słyszał niegdyś o pewnym bezdomnym włóczędze, którego znaleziono w jakiejś dziurze, jak ostrzył zardzewiały nóż, aby go utopić we własnem sercu, wolał bowiem śmierć niż to straszliwe chodzenie bez celu i końca. W jednej chwili powziął decyzję, w jednej chwili poczuł nową siłę. Pobiegł jak błyskawica i nie zatrzymał się, aby odetchnąć, aż stanął wpobliżu rzeki.
Wlókł się powoli po stromych kamiennych