Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lery! Czego stoisz przed drzwiami? Czego ślepisz? Puść mnie do środka.
— Ojcze, — szepnęła dziewczyna, zamykając drzwi za sobą i osłaniając je swojem ciałem, — ojcze, William powrócił.
— Kto?! — zawołał, wyprężając się groźnie.
— Ciszej, — powiedziała. — William, brat William.
— A co mu się tu należy? — zapytał, usiłując się opanować — pieniądze? żarcie? wódka? Jeżeli myśli, że dostanie, to bardzo się myli. Daj mi świecę — daj mi świecę, głupia — nic mu nie zrobię. — Wyrwał jej świecę z ręki i wbiegł do izby.
Na brudnej, starej skrzyni siedział mężczyzna liczący lat może dwadzieścia dwa. Miał na sobie wyniszczoną bluzę i wyszarzałe spodnie. Głowę oparł na dłoni, oczy wlepił w żarzący się popiół na ognisku. Widząc ojca, zerwał się na nogi.
— Zamknij drzwi, Marysiu — rzekł gwałtownie do dziewczyny. — Zamknij drzwi. Ojcze, patrzysz tak, jakgdybyś mnie nie znał. Wiele czasu upłynęło, odkąd mnie wypędziłeś z domu. Zdążyłeś mnie już zapomnieć, widzę.
— A czego ci się chcę ode mnie? — zapytał ojciec, siadając na stołku po drugiej stronie kominka. — Czego chcesz?
— Dachu nad głową, — odparł syn. — Gonią mnie, szukają, rozumiesz? Dzisiaj znajdą — jutro będę wisiał: to pewne. Dostanę się w ich ręce, jak dwa razy dwa cztery, o ile tu się nie ukryję: to także pewne. Wiesz wszystko.
— Powiadasz więc, żeś rabował, mordował, czy tak?