Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zna zadygotał pod tem spojrzeniem. Jego odzież była brudna i niechlujna, twarz rozpalona, oczy nabiegłe krwią i podkrążone. Wyciągnięto go z zamętu dzikiej pijatyki, hucznej hulanki: przywołano do łoża śmierci.
Tuż przy łóżku stała przyćmiona lampa, rzucając stłumione światło na żałobne postacie ludzi, pogrążając resztę przestrzeni w głębokim, gęstym mroku. Spokój nocy napełniał dom; cisza śmierci płynęła przez pokój. Wysoko nad kominkiem wisiał zegarek; jego słabe cykanie było jedynym dźwiękiem jaki zamącał głębokie milczenie; a było to cykanie posępne i uroczyste, bo nieszczęśliwi wiedzieli i wiedzieli dobrze, że zanim zegar pokaże następną godzinę, wprzód wydzwoni pożegnanie odlatującej duszy.
Okropna to rzecz czekać nadejścia śmierci; wiedzieć, że nadzieja jest płonną, a zgon nieunikniony; siedzieć i liczyć długie, jednostajne godziny długich, monotonnych nocy — takich nocy, jakie znają tylko ci, którzy czuwali przy łożu chorych. Krew w żyłach krzepnie, gdy się wysłuchuje tych najtajniejszych sekretów serca — latami zazdrośnie, trwożnie chronionych tajemnic; które bezbronna, bezsilna istota wylewa przed wami bezwiednie, bezwolnie. Strach pomyśleć, jak mało warte są troski i zabiegi całego życia, kiedy maligna zedrze maskę z twarzy. Dziwne rzeczy opowiadali umierający ludzie, bredząc w agonji; historje takich czynów i takich zbrodni, że ci, którzy pielęgnowali chorego w przedśmiertnej godzinie, uciekali w przerażeniu, aby nie oszaleć od okropności, jakie przyszło im widzieć i słyszeć, niejeden zbrodniarz skonał sa-