Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wiedziałem, że mój plan ją uszczęśliwi — Tu można było wtrącić, że ktoś inny zdążył już uszczęśliwić córkę znakomitego prawodawcy. Ale nieszczęsna wychowawczyni nie mogła się zdobyć na ten decydujący krok.
— Zastosowała się pani jak najściślej do wskazówek, których jej udzieliłem?
— Jak najściślej, sir.
— W sprawozdaniu zaznacza pani, że humor córki poprawia się stopniowo.
— Tak jest, sir.
— Spodziewałem się tego — to było celem mojej dyplomacji.
— Ale obawiam się, sir, — rzekła panna Crumpton z drżeniem w głosie, — obawiam się, że plan nie powiódł się tak dobrze, jakbyśmy oboje pragnęli.
— Nie! — zawołał prorok. — Boże mój! Panno Crumpton, skąd ten ton? Co się stało?
— Panna Brook Dingwall, sir —
— Tak jest?
— Uciekła, sir — rzekła Marja i omal nie zemdlała.
— Uciekła?
— Wykradła się, sir.
— Wykradła się! Z kim? Kiedy? Gdzie? Jak? — niemal wrzeszczał wzburzony dyplomata.
Naturalna żółtość twarzy nieszczęsnej Marji ustąpiła miejsca wszystkim barwom tęczy. Drżącą ręką położyła na stół niewielką kopertę.
Otworzył ją śpiesznie. List od córki i list od Teodozjusza. Rzucił okiem na ich treść — „Zanim te słowa cię dosięgną — daleko — apeluję do uczuć