Strona:PL Kajetan Koźmian - Różne wiersze.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czasem zda mi się, że z tobą bawię,
Że raczysz mówić co do mnie,
I mniej okrutnie, niźli na jawie,
Czucia me przyjmujesz skromnie.
Wtedy ci skarżę losy zawisne,
A ośmielon twem wejrzeniem
Rękę twą białą ustami cisnę,
Tchnienie chcę złączyć z twem tchnieniem.
Słodka ułudo! Uroku tkliwy!
Lecz ty nie rumień się wcześnie
Ach, jam tak nigdy nie był szczęśliwy,
Nie byłem nawet i we śnie.
Niezwykłe serca w piersiach zadrgnienie
Lekki sen z oczów mych płoszy,
Widzi ułudę pierwsze ocknienie
I niknie mara rozkoszy.
Więzień osadzon w katuszy ciemnej,
Jakże promyka dnia żąda,
Na ten dar doli jego przyjemny
Z wstrętem me oko spogląda.
Idę w te miejsca niegdyś tak lube,
Kiedyś ich była ozdobą,
Ale, ich wszystkie wdzięki i chlubę
Ty razem uwiozła z sobą.
Dziś już tam wszystko piękność swą strada
I smutną przybiera szatę,
A każdy listek, co z drzewa pada,
Twoją wspomina mi stratę.
Jeżli czem smutne słodzę przemiany,
Jeźli czem zmysły me pieszczę,
To tem wspomnieniem, żem był kochany,
Lecz czyliż jestem nim jeszcze?