Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i tutaj właśnie mej dramy początek...
To nie dzieci! to — potwory!
Ani do ludzi, ani, do małpiątek!
Fe!... bachory!...
Pokręcone czarne włosy...
A nosy, nosy...
O zgrozo, nigdy, jak świat stoi światem
małp nie widziano z czemś równie garbatem.
To czyjaś ręka jej dzieci urzekła,
to — rasa z piekła!
O, dolo, dolo!...
O biedna Lolo...
A tu małpy sprośną zgrają
już palcami wytykają —
jak cień chodzą za ofiarą,
dręczą, męczą wszelką miarą.
Kompromisy, drwiny — kpiny
i afronty bez przyczyny
i bez racyi
krocie obelg, konfrontacyi,
że nieledwie już z turbacyi
Lola blizka jest waryacyi...
Aż w rozpaczy
raz uchodząc od siepaczy
gdzieś nad rzekę zbiegła w szale
i skoczyła w mętne fale:
pod kołderką nurtów chłodną
śmierć znalazła niezawodną.
— — — — — — — — — — — —
Daj to biesu,
związki dla zysków i dla interesu.