Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zacznę od środka.
Otóż po długiej w naradach niezgodzie
wstał pawien stary, znany w całym rodzie
jako pieczeniarz i pasibrzuch sławny,
rajca, gdy trzeba i trefniś zabawny,
w każdziutkiej sprawie i w każdym urzędzie
miał synekurę swą własną na względzie...
Więc i dziś na się patryarchy rolę,
wziąwszy w te słowa, zagajał swawolę:
»Szanowne małpy! sza! cicho! bez waśni!
Spokoju więcej, a rzecz się wyjaśni!
O cóż nam chodzi? Chodzi o to przecie,
by za mąż wydać drogie nasze dziecie,
ten, że tak rzekę, klejnot cenny, drogi,
obecnej tutaj tej matki niebogi
i szanownego od tego rodzica,
Wydać i wydać — to wielka różnica!
Czasy dziś ciężkie, wszystkim boki chudną
i między ludźmi o męża dziś trudno...
Do wydać znowu za byle cherlaka,
lepsze panieństwo, niźli dola taka!
Z tych, których znamy, z okolicznej młodzi
(sądzę, że każdy z mem zdaniem się zgodzi)
żaden niezdatny na męża dla Loli:
wszyscy cherlacy, bankruci i — goli.
Toż młodzież!!! W stadjum pierwszej życia drogi
łysina świeci i trzęsą się nogi.
Nie, nie!... mąż taki, to istna zagłada...
Bo wszakże zważyć i na to wypada,
że chociaż nasza Lola jest prześliczna,
lecz wątła, blada, lecz — neurasteniczna,
lecz z zarodkami wszelakiej newrozy,
wiotka — jak palma, czulsza — od mimozy.
Przeto i męża trzeba co się zowie,