Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na to odrzecze kozieł: »Zaszczyt to niemały,
lecz nie widzę sposobu. Kozłem mnie stworzono.
Kozłem był dziad mój, ojciec. Koziem mlekiem łono
matki mnie wy karmiło. Jakaż na to rada?«

»Poradzim«, wilk odrzecze, »więc naprzód wypada,
bym cię zasymilował, to znaczy zadławił,
następnie schrustał, połknął, a w dodatku strawił.
Wtedy przejdziesz w krew moją, zmienisz się w me kości,
i w mych dzieciach do późnej przejdziesz potomności«.

Cap tylko brodą trząsnął: »Uważ, panie drogi,
że Pan Bóg dał mi na łbie bardzo twarde rogi,
więc nim mnie zwilczyć zdołasz, to przed tą odmianą
jeszcze ci moje rogi dyablo w gardle staną«.



KOŃ I MIERZYN.


Raz zapytał koń pewien krewnego mierzyna:
»Powiedz mi, miły bracie, co jest za przyczyna,
że tak stronisz odemnie? Wszak nad jednym błoniem
ubiegła nasza młodość: jesteś, jak ja, koniem!
tyliśmy zawsze zgodnie do dzisiejszej chwili
i wspólnieśmy od wilczej paszczy się bronili.
A dziś co?«
»Dziś«, rzekł mierzyn »ja jestem tutejszy,
daleki dla cię, obcy, a że tam to zmniejszy
dawną miłość — tem lepiej. — Innemi zaś słowy,
ja jestem nie koń żaden, lecz osieł krajowy.
Dla moich interesów inną biorę postać
i choć z końską kulturą, osłem pragnę zostać«.