Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MOTYLE.


Z pięknej róży motyl płowy
wychyliwszy trochę głowy,
zwołał braci rój niestały
i nuż im prawić morały:
jaka brzydka czasu strata,
że tak ciągle każdy lata!
Jaka hańba dla motyli,
że nie siedzą ani chwili.
A we wszystkiem co rozprawiał,
siebie za przykład stawiał.
Słowem nagadał, nałajał tyle,
że o poprawie myślały motyle.
Wtem jakiś młodzik na fijołku siada
i tak powiada:
»Nie wierzcie temu, co on wam tu prawi.
Ja powiem, czemu latać go nie bawi.
Oto przed kilku chwilami,
kiedy do znoju swawolił z kwiatami,
nadszedł starzec, który srodze
ścina kosą, co mu w drodze,
co ciągle idzie, nigdy nie spoczywa w trudzie,
ten to sam, co go Czasem nazywają ludzie.
Nadszedł, a wszystko wkoło ostrem tnąc żelazem,
podciął i braciszkowi skrzydełka zarazem.
Dlatego stałość chwali, jedną lubi różę,
bo sam już latać nie może.

Nie jest tu moją myślą, młode piękne panie,
często zbyt płoche pochwalać latanie,
ale słuchając niejednej matrony
trzeba przyznać z drugiej strony,
że i to motyl, ale... motyl obarczony.