Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Żeby też odrobina jaka
z muchy lub robaka —
nic zgoła!
A więc idzie, płacze, woła,
u skrzętnej mrówki kołace.
Pożycz, jej, pożycz, powiada —
Kilka ziarnek dla sąsiada.
Jakem konik, tak zapłacę,
by tylko sierpień zawitał,
prowizyą i kapitał. —
Mrówka na to: — opatrz Boże,
ja nikomu nie pożyczam:
do wad to moich policzam,
nawet nie najmniejszych może,
ale już mię nie poprawisz.
Raczej odpowiedz mi na to:
cóżeś robił całe lato,
że się dziś żebranką bawisz? —
— Tak w dziennej, jak w nocnej dobie,
wciąż śpiewałem bez ustanku.
— Śpiewałeś? dobrze, kochanku,
teraz skakaj sobie...



MRÓWKA I PSZCZOŁA.


W jesiennej porze, gdy straszna nawała
całe zniszczyła mrowisko
i, jak wieść niesie, dwa tysiące blisko
mrowiego ludu zalała,
jedna z nich biedna, płynąc przez czas długi,
na drobnej słomce, jakby Noe drugi
gdzieś się tam na brzeg wywlokła,
a szczęsnym pszczółkę napotkawszy losem,
zziębła, drżąca, głodna, zmokła,