Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


by zginął najwinniejszy. »Tu lis wybieży
na środek koła: »Miłościwy Panie!
szkrupuł ci — rzecze — podał to wyznanie.
I cóż to za grzech, uważcie zwierzęta,
jeść niewolnicze i głupie bydlęta?
I owszem, dla nich honor czynisz, panie!
jeźlić się które za pokarm dostanie.
Co zaś pasterze, o! ci wszyscy warci,
by żywcem byli ze skóry obdarci!
Są to tyrani, co w srogiej zniewadze
chcą mieć nad nami himeryczną władzę«.
To lis wymówił, a podchlebce mili
zgodnie toż samo stwierdzili.
Nie chciano zatem zbytnio przetrząsać i innych
potężniejszych matedor, choć najbardziej winnych,
ni zajadłość lamparta, ni tygrysa zbrodnie,
wzgląd miano na każdego, kto broił swobodnie.
Zgoła wszystkie zwierzęta, lubo grzeszne były,
za mniej winnych, za świętych jednak się sądziły.
Nareszcie osieł w podobnym sposobie
zaczyna spowiedź: »Przypominam sobie,
iżem raz, rzecze, o wieczornej chwili
szedł po święconej Kamaldułów łące.
Głód wielki, pochop i ziółka pachnące,
czyli też, myślę, dyabli mnie skusili,
że garstkę trawy zerwałem.
Źlem to uczynił, bo prawa nie miałem«.
»Łotr i złoczyńca!« — wszyscy krzyknęli.
Wilk na trzy części kazanie podzieli,
że winien osieł pójść na ofiarę.
Cały go naród lżył i przeklinał,
że na nich ściągnął tak srogą karę.
Jeść cudzą trawę: co za kryminał!