Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niedźwiedź Grubijan, nic nie polityczny,
zatkał sobie nos garścią łapy śliczny.
Pojrzy surowo Lew na grubijana,
pyta: »czy śmierdzi izba jego Pana?«.
Niedźwiedź odpowie: »Jak wychodek śmierdzi«.
Aż Lew Król srogim gniewem się rozsierdzi,
za łeb Niedźwiedzia, uderzył o ziemię,
wycisnął duszę, rozbiwszy mu ciemię.
Tak nauczywszy Lew Bartnika mores,
uczył i drugich szanować Grandores.
Potem do Kota morskiego obróci
mowę, gdy każdy boi się i smuci:
»Kocie, śmierdzi tu?« On się bojąc dumy:
»Królu, tu pachnie nad Zybet, perfumy«.
»Jako?« — Lew krzyknie — »ty sobie przedrwiwasz,
łgarstwy, nieskładne pochlebstwa zażywasz«.
Chluśnie go łapą, aż mój Kot bez duszy,
wszyscy drżą goście, żaden się nie ruszy.
Nakoniec Pan Lew przywoływa Lisa:
»Ty francie, cobyś odrwiłby i Bisa,
powiedz, czy śmierdzi?« Lis ma respons skory:
»Darmo — rzekł — pytasz, bom na katar chory«.
Panowie dworscy, nie bądźcie Niedźwiedzie,
być Grubijanem w dworze się nie wiedzie;
nie bądźcie Kotem łgarskim i pochlibnym:
grozi upadkiem taki niepochybnym
proceder. Mówią, że kto łże i kradnie,
ten się pożywi i wszędzie i snadnie,
lecz, że i wisieć taki będzie snadni,
domyśl się każdy sam, obacz i zgadni.
Możesz zamilczyć prawdę podczas Panu,
jak Lis zamilczał, ucząc dworskich stanu.