Strona:PL Joseph Conrad-U kresu sił.djvu/068

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Ja — nie — jestem — błotem. — I dodał wyzywająco: — Jak pan zdaje się myśleć.
    Serang wykrztusił:
    — Palmy widzieć teraz, tuanie.
    Kapitan podszedł wielkimi krokami do poręczy, lecz jego oczy, zamiast spojrzeć tam gdzie należało pewnym siebie, bystrym wzrokiem marynarza, błądziły niepewnie w przestrzeni; zdawało się że Harry Whalley, odkrywca nowych szlaków, zagubił się na tym ciasnym morzu.
    Drugi biały, oficer, wspiął się na mostek. Był wysoki, młody, chudy; wąsy miał jak u kawalerzysty i coś złośliwego w spojrzeniu. Stanął obok mechanika. Kapitan Whalley, zwrócony do nich tyłem, zapytał —
    — Ile na logu?
    — Osiemdziesiąt pięć — odrzekł szybko oficer, trąciwszy łokciem mechanika.
    Muskularne dłonie Whalleya ściskały żelazną poręcz z niesłychaną siłą; patrzył przed siebie, wytężając wzrok do ostateczności; brwi jego były ściągnięte, pot ciekł spod kapelusza. Szepnął słabym głosem:
    — Trzymaj kierunek, serangu, kiedy statek znajdzie się na kursie.
    Milczący Malaj odstąpił w tył, chwilę poczekał i wzniósł rękę, ostrzegając sternika. Koło obróciło się szybko odpowiednio do ruchu parowca. Oficer trącił znów mechanika. Ale Massy obruszył się na niego.
    — Panie Sterne — rzekł gwałtownie — jako właściciel statku muszę panu powiedzieć, że dureń z pana skończony.