Strona:PL Joseph Conrad-Tajny Agent.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

być bitym. Wiedział z doświadczenia. Źle jest na świecie! Źle! Źle!
Pani Verloc, jedyna jego siostra i opiekunka, nie mogła rościć praw do tak głębokiej wnikliwości. A przy tym nie doświadczyła na sobie czarodziejskiej wymowy dorożkarza. Nie umiała przeniknąć co było powodem słowa: „Wstyd“. I rzekła spokojnie:
— Chodź, Stevie. Nic na to nie poradzisz.
Potulny Stevie ruszył z miejsca; ale nie kroczył już dumnie, tylko powłóczył nogami, szepcząc jakieś półsłówka a nawet i całe słowa, które nie były jednak słowami, bo się składały z nie pasujących do siebie połówek. Stevie jak gdyby usiłował zestawić ze swymi uczuciami wszystkie wyrazy, które mógł sobie przypomnieć, chcąc uchwycić myśl odpowiadającą owym uczuciom. I rzeczywiście pochwycił ją w końcu. Przystanął aby natychmiast się wypowiedzieć:
— Świat jest zły dla biednych ludzi.
Ledwie wyraził tę myśl, od razu zdał sobie sprawę, że już zna jej wszystkie następstwa. Umocniło to w nim poczucie słuszności, pogłębiając zarazem jego gniew. Czuł, że kogoś powinno się za to ukarać — i to bardzo surowo. Ponieważ nie był sceptykiem tylko istotą moralną, rządziły nim niejako wybuchy jego sprawiedliwego gniewu.
— Wstrętny! — dodał zwięźle.
Pani Verloc widziała teraz jasno, że Stevie bardzo jest podniecony.
— Nikt na to nie poradzi — rzekła. — No, chodźmy. To tak się mną opiekujesz?
Stevie przyśpieszył posłusznie kroku. Był dumny z tego, że jest dobrym bratem. Wymagała tego jego moralność — moralność doskonała. Ale zmartwił się,