Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czysty spokój zatoki. Zaczął od nazwania mnie świnią i od tego epitetu przeszedł crescendo do niedających się powtórzyć przymiotników — angielskich. Ów człowiek na górze pienił się głośno w dwóch językach z taką szczerością w swej pasji, iż przekonał mię prawie że popełniłem jakiś grzech przeciw harmonji wszechświata. Z trudem mogłem go dojrzeć, ale przyszło mi na myśl że doprowadzi się do jakiegoś ataku.
Nagle zamilkł. Usłyszałem że prycha i sapie jak delfin. Rzekłem.
— „Co to za parowiec, proszę pana?“
— „Co? Co takiego? Kto pan jesteś“?
— „Jesteśmy załogą rozbitków z angielskiej barki, która się spaliła na morzu. Zajechaliśmy tu dziś wieczór. Jestem drugim oficerem. Kapitan znajduje się w szalupie i chciałby wiedzieć, czyby pan nie mógł nas gdzie zabrać“.
— „Ach, Boże drogi! Doprawdy że... To jest Celestial z Singapuru w powrotnej drodze. Porozumiem się z waszym kapitanem jutro rano... i... tego... czy pan mnie słyszał przed chwilą?“
— „Zdaje mi się że cała zatoka pana słyszała“.
— „Myślałem że to łódź z wybrzeża. Niechże pan posłucha: ten przeklęty wałkoń, łotr — strażnik portowy — znów się pospał — niech go wszyscy djabli. Światło zgasło i o mało co nie wpakowałem się na koniec tego psiakrew pomostu. Już trzeci raz urządza mi taki kawał. A teraz pytam się pana, czy mógłby kto znieść coś podobnego? To wystarcza żeby człowieka doprowadzić do warjacji. Zrobię na niego raport... Doprowadzę do tego, że pomocnik rezydenta