Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że przetrwam morze, ziemię i wszystkich ludzi; złudne uczucie które wabi nas do wesela, do niebezpieczeństw, do miłości, do próżnych wysiłków — do śmierci; tryumfalne poczucie siły — gorączkę życia w garstce prochu, a w sercu żar który z każdym rokiem słabnie, ochładza się, zmniejsza, i gaśnie — i zamiera zawcześnie, zawcześnie — przed wygaśnięciem życia.
— Tak oto widzę zawsze Wschód. Poznałem później tajne jego zakątki i patrzyłem mu w samą duszę, ale teraz widzę go zawsze z małej łódeczki: zarys wysokich gór, modrych i dalekich o poranku; podobnych do nikłej mgły w południe; stojących o zachodzie jak poszczerbiony mur z purpury. Czuję w ręku wiosło, a w oczach mam palący błękit morza. I widzę zatokę — rozległą zatokę gładką jak szkło i polerowną jak lód — która połyskuje wśród ciemności. Czerwone światło pali się daleko wśród mroku wybrzeża, noc jest łagodna i ciepła. Wiosłujemy z trudem obolałemi ramionami, i nagle powiew wiatru wyłania się z cichej nocy, powiew słaby, i letni, i nasycony dziwnemi zapachami kwiatów, aromatem wonnego drzewa — pierwszy oddech Wschodu na mojej twarzy. Nigdy tego nie zapomnę. Było to nieuchwytne — a ujarzmiało jak czar, jak szept — zapowiedź tajemniczej rozkoszy.
— Podczas ostatniego etapu wiosłowaliśmy godzin jedenaście. Dwóch wiosłowało a ten, na którego wypadł odpoczynek, siedział przy rudlu. Dostrzegliśmy czerwone światło w tej zatoce i sterowaliśmy w jego kierunku, odgadując że oznacza zapewne jakiś mały port nadbrzeżny. Minęliśmy dwa cudzoziemskie okręty o wysokich rufach, śpiące na kotwicy, i zbliżając się do światła — bardzo obecnie przyćmionego — ude-