Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


waniu, bo inaczej statek wybuchnie nagle z tyłu i z przodu zanim zdążymy uciec“. Okrzyknęliśmy się głośno; zaczęliśmy dzwonić aby zwrócić uwagę ludzi z parowca; nic z tego, holowali nas w dalszym ciągu. Wreszcie Mahon i ja musieliśmy popełznąć na bak i przeciąć linę toporem. Nie było czasu na odwiązywanie postronków. Pokazywały się już czerwone języki liżące gąszcz szczap pod naszemi nogami, gdyśmy wracali na rufę.
Oczywiście na parowcu spostrzeżono prędko że lina znikła. Rozległ się głośny gwizd, światła parowca zatoczyły rozległe półkole, statek zbliżył się do nas i zatrzymał burta w burtę. Staliśmy wszyscy zbitą gromadką na rufie i patrzyliśmy na niego. Każdy majtek wyratował niewielkie zawiniątko lub torbę. Nagle stożkowaty płomień o skręconym czubie strzelił w górę nad bakiem i rzucił na czarne morze krąg światła naokoło tych dwóch statków, kołyszących się zlekka obok siebie. Kapitan Beard siedział od wielu godzin na okratowaniu, milczący i nieruchomy; teraz dźwignął się powoli i wysunął na czoło naszej gromadki, aż do want masztu tylnego. Kapitan Nash zawołał:
— „Chodźcie do nas! Spieszcie się. Mam na statku worki z pocztą. Zabiorę was i wasze łodzie do Singapuru“.
— „Nie, dziękuję panu — rzekł nasz szyper. — Musimy dotrwać aż do końca“.
— „Nie mogę zostać z wami ani chwili dłużej — krzyknął tamten. Poczta — pan rozumie“.
— „Tak, naturalnie. Nic nam nie trzeba“.
— „Doskonale! Doniosę o was w Singapurze... Dowidzenia“!