Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy — powiedz jest-żem podlejszy od innych?
ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?
ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie odtrącaj mnie od siebie!
ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.
ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie kocha.
ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.
...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.