Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].
ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!
ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci Zosi — wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie, praca twoja pochłaniała. — A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota — ja się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?