Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem powiedzieć sobie, że żyję. — I dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar. Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie].
Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta ciekawość moja kosztuje.
ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam — i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli. [przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już