Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który był rzucił na ziemię, zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.
— Lubię patrzeć w niebo.
Mimowoli pobiegł oczami za jej wzrokiem.
Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna. Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok starał się dostrzedz... nieskończoności.
Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda ciężary.
Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu się, że nie potrafi już sobą ruszyć — ale w dreszczach ciała czuł za to pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest