Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.3.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jesteśmy ludźmi, co, jako upiory,
Krocząc śród drogich grobowisk cmentarzy,
Świetlne fosfory
Z radością serca witamy!
Smutek nam schodzi z rozbolałej twarzy
I, jak pijany, klaszcząc w suche ręce,
Każdy z nas woła: »W słoneczne już bramy
Wchodzim w tryumfie po nocy i męce!«
Marne pozory
Mają za prawdę te mózgi dziecięce,
Ten duch nasz chory.

I spać idziemy, jakby nasze dłonie
Plenne już ziarna chwalebnej przyszłości
Na tym zagonie
Nieuprawionym posiały!
Jakby lipcowy wiew już przyszedł w gości,
Naginał kłosy i wzywał swym szumem,
Że czas do żniwa, bo łan dojrzał cały!
Śpimy, szczęśliwi, że nad rabów tłumem
Wróg schylił skronie,
Że, myśląc za nich swym wilczym rozumem,
W szyderstwie tonie.

A tam, nad gnuśnych i głupich łożnicą,
W chmurze, powstałej z oparów posoki,
Z łez, które świécą
Niezastygniętem morzem,
Łzawe i krwawe, w żałobie głębokiéj
Widmo, bezwładne, jak dziecię w kolebce,
Na łan wskazuje, nie zasiany zbożem,
Naprzemian jęczy i przekleństwo szepce,
Że, z soczewicą
W jednej, cześć naszą nieprzyjaciel depce,
W drugiej z pętlicą!

O uderz w róg swój — wszak go masz gotowy
Niech wyszłe z ciebie przepotężne brzmienie,