Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.3.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czyś stalowemi nie pracował dłuty
Razem z swym ojcem, z tym cieślą, w warsztacie?«
I dalej mroził go ten powiew luty:

»Posłuchaj, chłystku! Patrzaliśmy na cię,
Jakoś się wspólnie z swymi braćmi chował
I z siostry swemi, na podwórku, w chacie,

Która jest niemal bez ścian i bez pował?
A jak ci dzisiaj być mistrzem?... Do ławy
Powróć ojcowskiej, boś swój krok skierował

Na tor fałszywy!... Lepszy cieśla prawy,
Niż mistrz, gdy z cieślów i gdy może głodny:
Idź, przy warsztacie szukaj sobie strawy!...«

A on, spojrzawszy na ten tłum wyrodny,
Co ma dla swoich serce, jako złomu
Kawał skalnego, odpowie, pogodny:

»Któż jest prorokiem w swoim własnym domu?
Niech słowo prawdy, jako zdrój, pociecze,
Szemrzący słodko; niech potęga gromu

Rwie się i pada na serce człowiecze:
I zdrój tu ścichnie i piorun przeminie! —
Jasne to prawo, Salomona miecze

Są tutaj zbędne!... A jednak!... Zaginie
Ród, który pluje na własne proroki!
Wznoście ołtarze, budujcie świątynie —

Ołtarze runą i świątyń wysoki
Szczyt się zapadnie, a i głaz na głazie
Nie pozostanie, tylko czarne zmroki