Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Pedro opowiedział pokrótce swoje przygody. „Udałem się,“ rzekł, „w małą podróż wraz z córką moją Hermozą, któréj właśnie uratowałeś życie, i kilkoma zaufanymi przyjaciółmi, do innéj mojéj posiadłości, oddalonéj o dwa dni drogi; dziś zrana wyruszyłem z powrotem do domu. Z zapadnięciem zmroku przystanęliśmy na skraju lasu, obawiając się, byśmy pociemku nie zboczyli z drogi; rozciągnęliśmy już zmęczone członki na trawie, gdy nagle napadł na nas oddział dzikich wojowników, który widocznie śledził już nas oddawna, związał nas i zakneblował usta, zanim zdołaliśmy zrobić z broni użytek. Nie dość na tem: rozbójnicy zarzucili nam opony na głowy i powlekli w las daleko, pewno w tym zamiarze, by nas oddać na pastwę głodu, lub dzikich zwierząt. Poczem dzika tłuszcza znikła nam z oczu, uprowadzając konie nasze i pakunki, i zostawiając nas smutnemu losowi.“
Kamienne serce, słuchając opowiadania z natężoną uwagą, zmarszczył brwi; zdawało się, że się domyśla, kto są owi rozbójnicy, nie przerwał jednak opowiadania don Pedrowi, który też ciągnął daléj w te słowa:
„Znajdowaliśmy się w rozpaczliwem położeniu, i gdyby się nie udało mojemu przyjacielowi i towarzyszowi w nieszczęściu, don Estebanowi, który posiada olbrzymią siłę, rozerwać swych więzów, a potem i nas z nich oswobodzić, zginęlibyśmy niechybnie. Pozbawieni wszelkich zapasów, udaliśmy się piechotą naprzód, lecz nie mogliśmy w żaden sposób znaleźć drogi w téj zupełnie nam nieznanej