Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


liści i umocował je za pomocą opaski. Niedługo można było spostrzedz, że dziewczę doznało błogiéj ulgi, kurcz je opuścił, oczy się przymknęły, i wkrótce pogrążyło się w spokojnym śnie.
„Bogu niech będą dzięki!“ zawołał ojciec, złożywszy dłonie. „Więc jest uratowaną!“
„Tak,“ odpowiedział Kamienne serce, „jeśli nie nastąpi coś nieprzewidzianego, to niema żadnéj obawy. Teraz pozwólcie mi was pożegnać. Spełniłem swój obowiązek, podając pomoc córce pańskiej; muszę się oddalić. Bądźcie zdrowi!“
„Nie, musisz pan naprzód powiedzieć, jak się zowiesz!“ zawołał starzec, chwytając za ramię młodzieńca.
„Po cóż to?“ wzruszył ramionami Kamienne serce.
„Abym mógł zachować w wdzięcznéj pamięci męża, któremu winienem nieskończone dzięki,“ rzekł starzec.
„Lecz to jest zupełnie niepotrzebnem,“ odparł młodzieniec.
„Niech tak będzie,“ rzekł starzec, „nie będę więcéj nalegał, byś mi pan swe nazwisko wymienił. Nie możesz mi jednak zabronić, abym ci wymienił swoje: musisz przecie wiedzieć, kogoś tak zobowiązał. Nazywam się don Pedro, mieszkam niedaleko ztąd; jestem posiadaczem hacjendy San-Antonio, wielkiéj hiszpańskiéj osady na gruncie meksykańskim.“
„Znam tę posiadłość,“ przerwał Kamienne serce; „lecz powiedz mi pan, co cię tu sprowadziło nocą w to dzikie pustkowie?“