w jeden punkt i szukały przez otwory drzew widoku domku Cheniera. Ten kierunek ich stał się jeszcze wyraźniejszym, gdy dwie kobiéty zbliżyły się do muru otaczającego ogródek. Ta, która zdradzała się swą postawą, podniosła głowę i spójrzała w okno Andrzeja wzrokiem długim i przeciągłym; ruch odkrył jéj twarz.... twarz była nieznajoma.
Chenier mógł schwycić ogół rysów: twarz ta miała blask kwitnących lat młodości, i odznaczała się szczególną szlachetnością, odbijającą dziwnie od prostoty stroju, ubioru głowy, chusteczki i płaszczyka.
Andrzéj ujrzał ją przechodzącą i znikającą zaraz za drzewami; oparł łokcie na oknie, twarz na ręku i szukał we wspomnieniach swoich; ale w nich nie znalazł téj kobiety i dla niego była istotnie nieznajomą: a jednak cóś mu mówiła, że ona ten list pisała; wątpliwość, gdyby jaka być mogła, o schyłku dnia całkiem usuniętą została.
Młoda kobieta, zchodząc z pagórka, przeszła po raz drugi przed domkiem, i w mroku zatrzymała się na chwilę, bo pod drzewami było już dosyć ciemno. Chenier nie tracił czasu na próżnych domysłach, gdy tak łatwo mu było wprost prawdy dochodzić: zbiegł szybko ze cztérech wschodów jedynego swego piąterka, lotem przebiegł ogródek, otworzył furtkę, i przybył na gościniec dosyć w czas jeszcze, bo mógł rozeznać dwie kobiety, jak dwa cienie elizejskie, przesuwające się w kłębie drzew trochę oddalonych od brzegu lasu.
Andrzéj podwoił kroku i poszedł w tym kierunku, ukrywając się za drzewami; plan ten strategiczny zaimprowizowany naprędce, prosty był ale dobry; szedł wślad za kobietami nie będąc postrzeżony, do miasta, a tu przybywszy, zginął w tłumie przechodniów, nie wzbudzał już po-