Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Jutro! Jak to! w tak krótkim czasie tajemniczy korespondent twój, miałby zrzucić osłony?
— Tak, przyjacielu, jeśli jutra doczekamy równie pięknego, wiosennego dnia jak dzisiaj.


IV.
Zywo pogrzebiony.

Domek, w którym dwaj poeci wynaleźli dla siebie przytułek, jak dwa ptaki burzą gnane, wznosił się dawniéj, a raczéj, zniżał się pod pagórkiem od Wersalu wznoszącym się do hypodromu Satory.
Wieczorem, w chwili, gdy słońce zdaje się dotykać wierzchołka lasów, Chenier wybrał sobie na postrzegalnię miejsce za żaluzją mieszkania swego, i wzrok, gorącéj ciekawości pełen, kierował drogą ku Satory.
Dwie kobiety powolnie szły brzegiem lasu od strony małego domku: ubior ich bardzo skromny nie dawał rozeznać żadnéj różnicy stanu między niemi, ale wprawne oko omylić się nie mogło: jedna miała w postawie cóś skromnego i uniżonego, objawiającego położenie zależne; druga, pomimo widocznego usiłowania ukrycia wytworności i szlachetności do jakiéj zwykła, musiała być wyższego stanu, jedną z tych gwiazd promienistych nagle zagasłych pod stropami Wersalu, po wystrzale 10 sierpnia.
Andrzéj Chenier długo uważał wszystkie ruchy téj kobiéty, która pagórek Satory zdawała się wybierać na miejsce wieczornéj przechadzki; nie szła ona bezmyślnie, jakby dla odetchnienia tylko wieczorném powietrzem. Niekiedy, oczy jéj, ciągle prawie zwrócone ku ziemi, wlepiały się