poglądać na naturę i mówić o tajemnicach duszy i roskoszach życia, jakby nas pogardliwą zbyli odmową! a my idziemy za niemi, głupcy! I ty, mój poczciwy przyjacielu, ty co umiész sobie zapewnić tak doskonale całodniowe szczęście dwónastą wierszami o wiośnie, i ty ulegasz powszedniemu pociągowi, mięszasz się do dziwnego świata, który twoim nie mówi językiem, niema upodobań twoich, twych obyczajów, twych przywyknień, twéj wiary i miłości.
— Bo muszę! rzekł naiwnie Roucher; gdy ci panowie nie chcą ze mną układać dwónastu wierszy na cześć wiosny, to i ja z niemi zmuszony jestem pisać dwanaście kart o prawach ludzkości.
— Tak! otóż to logika nasza! Musimy zabawiać nudy tych panów, my co nie potrzebujemy nikogo do szczęścia, mając niewinne fantazje poetów. Dość poświęcaliśmy się dla ich przyjemności, teraz pożyjmy, trochę dla siebie.
Poeci rozmawiając tak skończyli swą przechadzkę, i weszli do małego domku, prawie odosóbnionego, okrytego dwoma pięknemi drzewy, które zdawały się odkradzione z blizkiego lasu, na osłonę przytułku dwóch wygnańców.
Staruszka otworzyła im drzwi, Andrzéj spytał jak zazwyczaj:
— Nic nowego?
— Nic, odpowiedziano mu.
— Czy już czasem, rzekł Roucher, nie wyglądasz wiadomości od młodéj i pięknéj kobiéty, która do ciebie pisała?
— Roucher, rzekł Chenier uśmiechając się, zawsze wdzięcznie żartować umiesz, ale zdaje mi się, że jutro już nie będzie z czego.
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/41
Wygląd
Ta strona została skorygowana.