Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

poety: to jest, wszedł na drogę, która jest jedyném i istotném powołaniem twojém. Opatrzność, która wybranych swych chce ocalić, posługuje się czasem ręką niegodną, i pisze nią oznajmienia swe; dziś może moją wybiera: nie pogardzaj tém, co ci się zdawać może pochodzić z nizka, to, mam-li wierzyć przeczuciu, pochodzi z wysoka.”
— Niepodobna wątpić, rzekł Chenier, kobiéty to list... spójrz zresztą na pismo, płeć w niém wyraźna; charaktery nakreślone nieśmiało, znaków pisarskich całkiem braknie, linje z lewa ku prawéj się podnoszą i tracą równowagę... to pisała kobiéta...
— I najpodobniéj, dodał Roucher, kobiéta mieszkająca w Wersalu.
— Niewątpliwie, a nikt jednak nie wié, zdaje mi się, że tu obrałem schronienie.
— Nikt, prócz téj kobiéty — zauważył Roucher.
— Prawda, bo pisze do mnie i posyła mi list przez posłańca, którego spotykam na progu domu.
— Chce być niepoznaną, mówił Roucher, bo odpowiedzi nie żąda, i adresu ci nie daje.
Chenier pomyślał chwilę i rzekł:
— O! znajdę ją, muszę znaleźć! jestem pewny.
— Wątpię — rzekł Roucher.
— Zobaczysz, mój przyjacielu.
— Gdybyśmy żyli w zwyczajnych czasach, rzecz byłaby łatwą, ale i my nie zbyt w ruchach naszych swobodni, a lękając się sami, żeby nas nie odkryto, ciężko myśleć o szpiegowaniu drugich.
— W planie moim przewidziałem tę trudność, i — usuniętą została. Znajdę tę kobietę nie ruszając się z domu.
Uśmiech smutny, jak wszystkie uśmiechy owego czasu mignął na twarzy poety Roucher, i rzekł późniéj: