nienie wyborne. Nie trzeba dziś niczém gardzić, nawet przestrogami nieznajomych. — Czytajmy, list bez podpisu.
«Z wielkiej liczby ludzi, którzy od r. 1789 miotają się we Francyi, żaden może nie miał czasu, obejrzeć się z uwagą na siebie. Każdy więcéj spoglądał na drugich, i przez mgłę krwawą téj wojny domowéj, która trwa od lat cztérech, nikt pewnie nie przypatrzył się nawet rysom twarzy najbliższego sąsiada. Nikt nikogo nie badał, popychano się, a silniejsi wywracali słabszych. Nikt się nie zna. Gorączka powszechna tak silna, że wszystkie charaktery, powołania, instynkta wyszły z miejsca; tak, że ci co się zrodzili do życia palrjarchalnego na łonie rodzin swoich, porwali do rak topory, i ukazują się nam w złowrogim blasku, w odzieży kata, gdy drudzy, co w sercu mieli namiętność energiczną, przestraszyli się sami siebie, widząc czyny drugich i żyją dziś na ustroni, spokojni i zapomnieni. Twój ulubiony pisarz Bernardin de St. Pierre, mówi o kataklyzmie jakimś, co wszystkie strefy pomięszał i krainy zwrótnikowe przerzucił na bieguny, a biegunowe ku zwrótnikom. Teorja ta zapożyczona z fizyki, da się zastosować do zjawisk umysłowych. Krew uderzyła do głowy Francyi. Wszystkie strefy społeczne zmięszały się i wywróciły.
«Zbierz ducha w siebie, Andrzeju Chenier; pochwyć w przelocie, w pośród zewnętrznych naszych ciemności, jeden z tych błysków, które Bóg najgrubszym zsyła nocom, i spytaj się czy śmieć będziesz wyrzec, żeś się urodził na takie życie, jakie od lat cztérech prowadzisz. Konstantynopol był kolebką twoją; greczynka ci matką była; język wielkich poetów twoim piérwszym przyjacielem; morze piérwszą kochanką. Przepłynąłeś potém Archipelag, jak naddziad twój, Homer ślepy, i przybyłeś do Europy
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/35
Wygląd
Ta strona została skorygowana.