niech mnie mijając zobaczy raz jeszcze.... więcéj już nic nie żądam.
Wóz przesunął się blizko stojących rzędem trzech osób, Chenier stał jak zwyciężca na przedzie, spostrzegł Margaretę... wszystkie skarby miłości, któremi na długie życie obdarzył go Bóg, w jednym spójrzeniu konającém spożył.
Lud był milczący, ponury, nieruchomy, kilku ludzi śmiałych możeby dokonali tego dnia, co się nazajutrz stać miało, i Chenier nie umarł by trzydziestoletni! Ale potrzeba było téj szlachetnéj i ostatniéj ofiary, żeby po za nią zajaśniała jutrzenka 9 thermidora. Rzeczpospolita grecka skazywała poetów na wygnanie wieńcząc ich kwiatami, Fouqier skazywał ich na śmierć i wieńczył krwią.
Roucher piérwszy się ukazał na rusztowaniu wysokiém, — przedsieniu grobu; zachował on i tu szczęśliwą swą obojętność, a oczy jego mierzyły piękną ulicę drzew wiodącą do Vincennes, nie zwracając się nawet na kata.
Po Roucher, Andrzéj Chenier zajaśniał swém piękném i szlachetném obliczem, jaśniejącém pogodą, — a kat schwycił tę głowę jak pospolitego złoczyńcy.... Topor upadł na nią.... Rozległ się krzyk okropny.... Topor uderzył razem w serce kobiéty. Uderzenie odbiło się od rusztowania i powtórzyło pod kolumną rogatki. Dwie dusze razem wzleciały ku niebu.
Adrjan rzucił się ku P. de Pressy dla ratowania jéj, tłum się poruszył, ludzie w łachmanach płakali i przeklinali trybunał rewolucyjny. Okropna machina szła daléj nieubłagana.
Pani de Pressy zaniesioną została przez Klaudyusza i Adrjana do blizkiego domku, tłum poszedł płacząc
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/342
Wygląd
Ta strona została skorygowana.